poniedziałek, 31 października 2011


W kwietniu, na tydzień przed Wielkanocą odwiedziłem ojca Leontija. Popa-zakonnika (takiego co nie ma żony), który od lat odbudowuje zniszczoną przez bolszewików cerkiew i klasztor w Chałmogorach.
Te Chałmagory znane są z tego, że starsze od Archangielska i kiedyś były w ogóle były ważniejsze. Dopiero gdy poziom wody w Siewiernej Dźwiny opadł, to cały handel przeniósł się do Arh., który z początku nazywał się Nowe Chałmagory.
Dziś jest nieco gorzej co dokumentuję poniżej…


Jesteśmy na głównej ulicy


A tu widok na centralny plac. Jak się dobrze przyjrzeć, to można zobaczyć rzeźbę



Ale wracajmy do spraw świętych. Był post, a tam jak post to już surowy. Jedliśmy więc cieniutką zupę, ziemniaki, ogórki i pomidory. Do stołu zasiadało trzech pomagierów ojca Leontija. Alkoholicy, bezdomni, przegrani ludzie… Bóg wie jakie losy ich tu przygnały. Za kąt i łyżkę strawy pomagają w remoncie. Żyją tu, bo nigdzie nie mają miejsca. Robotnicy z nich żadni, ale starają się. Przychodzą na mszę, śpiewają i wierzą w Boga. Są cisi. Nie mają złudzeń. Nie mają przyszłości.



Oto nasz stół. Nakryte na pięć osób. Ojciec L., ich trzech no i ja…



Zakwaterowano mnie w salce dla pielgrzymów. Do pokoju szedłem najpierw korytarzem…



Mijałem dziwne pomieszczenia…



I w końcu moja salka. Już uporządkowane. Łóżko zaścielone. Na stoliku komputer. Odkurzacz pod ręką. Nie o porządek walczyłem lecz z muchami. Obudziło je, bestie, ciepło z pieca i zaczęły latać. Dziesiątki wielkich i tłustych. No to ja je pylesosem, czyli odkurzaczem. Co godzinę mordowałem partię much. Inaczej ona by mnie zżarły.



Z okien mego domu miałem widok na remontowaną cerkiew.




Kolory nie są dziełem fotoszopa. Takie miałem światło o zmierzchu.


Poniższy widok ma, trzeba tak powiedzieć, historyczny wymiar. Mniej ważna tu jest cerkiew. Proszę spojrzeć na linię horyzontu. Otóż tam leży wioska Łomonosowo gdzie urodził się właśnie Łomonosow. Dokładnie 300 lat temu. W 1711 roku.





Oprócz Łomonosowa Chałmogory słyną jeszcze z krów. Wystawiono im nawet stosowną tablicę pamiątkową. Masło chałmogorskie jest znane i cenione (co prawda nie tak jak wołogodskie). Tyle, że robi się je pod Moskwą. 
Tu powstał bodaj pierwszy obóz koncentracyjny. Rządził jakiś Łotysz, który wsławił się niebywałym okrucieństwem. Potem więźniów przeniesiono na Sołowki. O tym miasteczku jeszcze napiszę.

Teraz jeszcze kilka widoków cerkwi i gorzka uwaga ojca Leontija: gdyby każdy mieszkaniec dał rubla, dawno byśmy remont skończyli.







Na koniec dam trąbę powietrzną nad Chałmogorami. Lato 2010.





sobota, 29 października 2011

Z jakichś niejasnych dla mnie samego powodów skupiłem się na rosyjskich kiblach. No, gdzie ja już nie tego...
Ten na zdjęciu pochodzi z hotelu w Wierchniej Toimie. Fotka taka sobie.
Hotel jest ciekawy bo firma, która nim rządzi zajmuje się jednocześnie kilkoma innymi dochodowymi przedsięwzięciami. Jednym z nich są usługi pogrzebowe. Skład trumien znajduje się na przeciw recepcji. Nad nim jest właśnie ów kibel.




Oto zdjęcie na dowód. Szyld „Hotel” i obok  „Usługi pogrzebowe”.
Pokoje są fajne. Ścianki działowe z dykty. Moja rada dla ewentualnych gości. Brać pokój z telewizorem. Jest jeden, droższy o 200 rubli, ale telewizor zawsze można wyłączyć. Natomiast jeśli pokój zajmie kto inny, to będziecie mieli zamiast telewizji tylko dźwięk.


Wracając do kibli. Niech komentarzem będzie historyjka z wielką rosyjską aktorką Fainą Raniewską 1896- 1984. Laureatka 3 nagród stalinowskich. 

Przed igrzyskami olimpijskimi w roku 1980 moskiewski handel otrzymał wyraźne instrukcje: pracownicy muszą być bardzo uprzejmi i w żadnym wypadku nie załatwiać klientów odmownie. 
Instrukcja ta stała się przyczyną wielu anegdot.
Wchodzi do sklepu na Tagance facet i prosi
- Chciałbym rękawiczki…
- Jaki pan życzy? Skórzane, zamszowe, wełniane?
- Skórzane
- Jasne czy ciemne?
- Ciemne
- Do palta, czy do płaszcza?
- Do płaszcza
- Świetnie… Proszę przynieść wasz płaszcz, a my dopasujemy rękawiczki odpowiedniego koloru i fasonu.
Obok stoi Raniewska. Nachyla się w stronę faceta i mówi teatralnym szeptem, tak że słyszy cała sala.
- Młody człowieku, proszę im nie wierzyć. Ja im już sedes przytaszczyłam, i dupę pokazywałam, a papieru toaletowego jak nie było tak nie ma.


A to jest kibel na statku który kursuje po morzu Białym.

czwartek, 27 października 2011

Koniec drogi. Ta wieś jest krajem świata. Aleksander mówi, że tam dalej nic nie ma. Białe plamy. Ale on różne rzeczy gada. Przecież na ziemi nie ma już białych plam.


Zanim poszliśmy w tajgę włóczyłem się po wsi i robiłem zdjęcia. Serce przestało mi bić gdym zobaczył kobietę z wiadrami. Na szczęście pełne. Można iść.





Tajga czyli po prostu las. Są różne lasy. Takie jak ten pod Piotrkowem Trybunalskim, który ciągnie się sześć kilometrów w jedną stronę i dobre cztery w  drugą. Albo Puszcza Notecka, gdzie stoi wieża widokowa z której nie widać nic oprócz lasu. Ponoć jedyne takie miejsce w Polsce.
Tajgi jest więcej. Z miejsca w którym robię to zdjęcie jest w linii prostej jakieś 1000 kilometrów lasu. Po drodze wielkie rzeki. Miezień. Peczora. Potem lasotundra i Ural. Za Uralem tysiące kilometrów tajgi, tundry, gór… Czułem się jakbym stał na krawędzi przepaści. Gdyby ktoś chciał w nią skoczyć to jedynym tworem ludzkim jaki na pewno napotka będzie linia kolejowa do Workuty. To za jakieś 500 kilometrów. Potem, do samego Pacyfiku kilka tysięcy kilometrów pustki. 





Niebezpiecznie oddalam się od grupy




Był człowiek…


Nie ma człowieka…







Aleksander, człek z wielką słabością do wódki, zna las. Najważniejsze - powiada -  nie ulegać panice. Nie orientuj się na plecy przewodnika. Bo kiedy przewodnik zniknie poczujesz się jak w głębinie. Gdzie nie spojrzysz jest tak samo. Bez paniki. Jeśli nie wiesz dokąd iść, zostań w miejscu. Znajdziemy cię. Jeśli pobiegniesz przed siebie - znajdziemy cię za rok albo wcale. Orientować się trzeba samemu. Na słońce. Na wiatr - wieje zazwyczaj z jednego kierunku. Najlepiej brać ze sobą kompas. Damy radę.
Kiedy to mówił przypomniały mi się słowa brygadzisty z „Jednego dnia Iwana Denisowicza” Sołżenicyna. „Tu, chłopaki, jest tylko jedno prawo - tajga. No, ale ludzie i tutaj żyją. W łagrze ci zdychają, co miski wylizują, w szpitalu się dekują no i ci, co donoszą”. 


Oto on. Aleksander. Na każdym postoju gotował wrzątek. Ruski bez czaju długo nie pociągnie. 






Niech nikt nie myśli, że Północ to tylko zima. 
Oto dowód, Czerwiec br.. Rzeka Jożuga, blisko granicy z Republiką Komi. Płyniemy chyba 5 godzinę. Co jakiś czas trzeba ciągnąć łódkę po kamieniach. Nazywają je „porohy”. Woda zimna. Łajka przewodnika na przedzie wypatruje zwierzyny. Dookoła taja nie tknięta siekierą bo nie byłoby jak wywieźć drewna. 
A ja ciągnę i ciągnę. Jeśli kogoś interesuje gdzie można kupić takie szykowne gacie to służę informacją: okolice dworca kolejowego w Kotłasie. Napisy na gaciach: Hugo Ross.



A tak wygląda Archangielsk gdy jest minus 30. To co dymi, to elektrociepłownia opalana mazutem. Gazprom jakoś wciąż nie może dociągnąć gazociągu do miasta. 


Jeśli mowa o mrozie, to spytano kiedyś weterana kampanii 1812 roku co pamięta z tamtych czasów. „Pamiętam, że było gorąco” odpowiedział. 
Zrobiłem zdjęcie na którym chciałem pokazać mróz.
Oto one. Grudzień 2010. Rzeka Połta. Tajga. 60 kilometrów od najbliższej osady. Minus 41. Te minus 41 to mój rekord potwierdzony dwoma termometrami. Potem bywałem w okolicznościach przyrody, gdzie mogło być koło tego albo i więcej. No, ale nie było miarki.


Jestem jakieś 500 km od Archangielska. Zima 2009. Na drogowskazie widać Kotłas (dla Polaków w latach 40 to było miasto przeklęte) oraz Wielki Ustiug. Ten Ustiug znany jest z tego, że stąd pochodzi Dziadek Mróz - sowiecki św. Mikołaj.  Na tej drodze po raz pierwszy popróbowałem rosyjskiego autostopu. Nigdy nie stałem dłużej niż… godzinę, ale tylko dlatego, że mało co jeździ. Jak już jedzie to bierze. Po drodze, którą widać na zdjęciu - lód, lód i jeszcze raz lód - facet wiózł mnie wołgą 110 na godzinę. Oni tam w oponach mają kolce. Oznaczone ba tylnej szybie literką SZ. Wtedy tną bez kompromisów. Po 90 kilometrach wysiadłem spocony jak mysz. 
Żeby zakończyć opis znaku drogowego, to trzeba wspomnieć o Krasnoborsku, który też jest tam uwidoczniony. W owym K. byłem rok później, czyli  zimą 2011. Mróz był sakramencki.




Ostatnia stacja. Nikt na ciebie nie czeka. Ciemno. Minus 14. 6 rano
A tak wygląda Północna Dźwina o 7 rano z promu. Zdjęcie jest takie sobie, bo mało byłem przytomny. Mimo wszystko dałem sobie radę.
Ruszyłem na południe...


Więc pojechałem do Archangielska. W pociągu zorientowałem się, że w grudniu, tu na północy, dzień trwa 4 godziny. No i dobra. W przedziale, plackarcie, jechali ze mną ciężarowcy-seniorzy (wiek powyżej 55 lat) na zawody. W wadze ciężkiej faworytem był Lonia, lat 72.
Ale nie o pociągach miałem mówić (w roku 2010 spędziłem w nich 23 doby), tylko o Północy.
Zaczynamy…


A gdy nie sposób już płynąć pod prąd
Nie sposób już wyrwać się z matni
Niebieski trolejbus zabiera mnie stąd
Trolejbus
Ostatni


... Właśnie dlatego wyjechałem na Północ...