Jeśli przyjąć, że na światowych giełdach jedno drzewo warte jest jednego dolara to z prostego rachunku popartego obserwacją wynika, że między Archangielskiem a Biereznikiem rosną wszystkie dolary tego świat. Potem za Biereznikiem jest trochę otwartej przestrzeni i przez moment wydaje się, że to już koniec. Lecz kiedy autobus skręca z głównej drogi i tłucze się po wybojach w stronę Kotłasu, las znowu wypełnia całą przestrzeń.
Chyba tylko dlatego w Rosji nie wycięto wszystkich świerków, sosen i modrzewi, że świat nie ma czym za nie zapłacić.
O zmierzchu drzewa są do siebie podobne. Wetknięte w szary śnieg pną się ku niezbyt odległemu, szaremu niebu. A jednak człowiek nie odczuwa znużenia. Monotonia zarezerwowana jest dla pejzaży, która wyszły spod ludzkiej ręki. Takich jak pudełkowate bloki Archangielska, które zostawiłem kilka godzin temu.
Co kilkanaście minut mija nas pędzący wóz ze ściętym lasem. Pędzi w stronę portu. Na statek. Za morze. Będą taborety. Szafy. Łóżka. Zapałki. Na popiół.
- U nas na Syberii lasy tną Chińczycy i Japończycy - powiedział dwa dni wcześniej, kiedyśmy jechali pociągiem, Stiopa - Do gołej ziemi.
- I dobrze - pokiwał głową Ukrainiec Wołodia - Przynajmniej nic się nie marnuje. Kiedy tną nasi to połowa zostaje na wyrębie i gnije. Nie mówiąc o gałęziach i korze. Ech, bladź, taki nasz los, że nic się nie udaje.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz