czwartek, 26 kwietnia 2012


Dawno mnie tu nie było, dużo by mówić...
Żeby nadrobić stracony czas pomknąłem do Onegi, miasta po drugiej stronie półwyspu Oneżskiego. Marne 150 kilometrów od Archangielska. Kierowca marszrutki na pytanie: jaka droga?, odpowiedział rozbrajająco: w ogóle nie ma drogi!
No, aż tak źle nie było. Zasuwalismy ze średnią szybkścia 30 km i po 5 godzinach byliśmy na miejscu.

Taką drogą jechaliśmy


A tu przydrożny zajazd. Jedyny na stukilometrowym odcinku. Tą trasą jeżdżą tylko VW. Inny samochód by chyba nie wytrzymał.

W Onedze chciałem odwiedzić Ilię, lotnika-poetę, którego poznałem rok temu na opuszczonym lotnisku w Piertamińsku gdzie pełnił zaszczytną funkcję naczelnika tegoż aeroportu czasowo oddelegowanego z Onegi. Odprawialiśmy jeden samolot tygodniowo!
Potem dzwoniłem kilka razy do Iliii, umawialiśmy się, ale jakoś nie wychodziło. Postanowiłem więc pojechać. Przy okazji zajrzę do mojej wsi nad morzem.

Niestety, lotnisko opuszczone, po Ilii ani śladu. Telefon nie odpowiada. Ginie północna awiacja. Za sowietów było tu ponad 200 lotnisk, teraz ledwie kilka.

Poszedłem na brzegu rzeki Onega żeby przez ktora wiedzie droga do wsi.



 Niestety. Lód już kiepski. Ludzie jeszcze chodzą, policja ich gania bo niebezpiecznie. Iść, czy nie iść? Oto jest pytanie. Co będzie jeśli na drugim brzegu zaskoczy mnie ruszenie lodu. Tydzień bedę uziemiony po tamtej stronie. Do dupy ta wyprawa.



Jeszcze spacer po okrutnie zaśmieconym mieście i wracam.


Na mieście klasyka. 
Chłopaki grają a dziewczyny siedzą i gadają.


Psy nie lubią się z kotami

Kible zdewastowane

I znów 5 godzin wybojów




poniedziałek, 9 kwietnia 2012





Jeśli przyjąć, że na światowych giełdach jedno drzewo warte jest jednego dolara to z prostego rachunku popartego obserwacją wynika, że między Archangielskiem a Biereznikiem rosną wszystkie dolary tego świat. Potem za Biereznikiem jest trochę otwartej przestrzeni i przez moment wydaje się, że to już koniec. Lecz kiedy autobus skręca z głównej drogi i tłucze się po wybojach w stronę Kotłasu, las znowu wypełnia całą przestrzeń. 
Chyba tylko dlatego w Rosji nie wycięto wszystkich świerków, sosen i modrzewi, że świat nie ma czym za nie zapłacić. 
O zmierzchu drzewa są do siebie podobne. Wetknięte w szary śnieg pną się ku niezbyt odległemu, szaremu niebu. A jednak człowiek nie odczuwa znużenia. Monotonia zarezerwowana jest dla pejzaży, która wyszły spod ludzkiej ręki. Takich jak pudełkowate bloki Archangielska, które zostawiłem kilka godzin temu.
Co kilkanaście minut mija nas pędzący wóz ze ściętym lasem. Pędzi w stronę portu. Na statek. Za morze. Będą taborety. Szafy. Łóżka. Zapałki. Na popiół.
- U nas na Syberii lasy tną Chińczycy i Japończycy - powiedział dwa dni wcześniej, kiedyśmy jechali pociągiem, Stiopa - Do gołej ziemi.
- I dobrze - pokiwał głową Ukrainiec Wołodia - Przynajmniej nic się nie marnuje. Kiedy tną nasi to połowa zostaje na wyrębie i gnije. Nie mówiąc o gałęziach i korze. Ech, bladź, taki nasz los, że nic się nie udaje.